Under the Mask
O maskach, które zakładamy, żeby zasłużyć na miłość - i bliskości, którą przez nie tracimy.

Do napisania piosenki „Under the Mask” zainspirował mnie program „Love Is Blind”.
Tak, wiem - reality show raczej nie kojarzy się z miejscem, w którym szukamy odpowiedzi na najważniejsze pytania o miłość i bliskość;) A jednak bardzo ciekawiło mnie to, co działo się z uczestnikami, kiedy rozmowy prowadzone przez ścianę, pierwsze deklaracje i wyobrażenia o drugiej osobie spotykały się z codziennym życiem.
Wtedy zaczynały wychodzić na powierzchnię mechanizmy, które wcześniej można było ukryć za pięknymi słowami. Jedna osoba wycofywała się, kiedy bliskość stawała się zbyt realna, bo bała się zranienia, utraty niezależności albo tego, że ktoś zobaczy ją taką, jaka naprawdę jest i odejdzie. Druga, czując rosnący dystans, próbowała jeszcze mocniej zatrzymać ją przy sobie, ponieważ to oddalenie uruchamiało w niej lęk przed porzuceniem.
Im bardziej jedna się wycofywała, tym mocniej druga próbowała się zbliżyć. Im bardziej próbowała, tym większą presję czuła pierwsza.
Patrząc na nich, pomyślałam o dwojgu ludzi, którzy chcą właściwie tego samego - kochać i być kochani - a jednak każde z nich próbuje poradzić sobie ze swoim lękiem w zupełnie inny sposób.
Z zewnątrz może wyglądać, jakby jedna osoba nie chciała bliskości, a druga pragnęła jej za wszelką cenę. Pod tymi przeciwnymi zachowaniami może jednak kryć się podobna obawa: jeśli naprawdę pokażę siebie, ktoś uzna, że nie da się mnie kochać.
I właśnie z tej obserwacji powstało pytanie, które później znalazło się w piosence:
Czy można mnie kochać taką, jaka naprawdę jestem?
Nie tylko za to, co potrafię zrobić dla drugiej osoby. Nie za to, że jestem silna, zaradna, odpowiedzialna i wyrozumiała ani za to, że wiele wytrzymam, jeszcze więcej uniosę i zazwyczaj znajdę sposób, żeby sobie poradzić.
Mnie.
Przez długi czas sądziłam, że maski noszą przede wszystkim ludzie, którzy udają kogoś, kim nie są. Dziś myślę o nich inaczej, bo maska nie zawsze jest kłamstwem. Czasami jest sposobem, dzięki któremu nauczyłyśmy się bezpiecznie funkcjonować w świecie.
Może mieć twarz siły, niezależności, spokoju albo rozsądku. Czasem objawia się nieustanną gotowością do rozumienia innych, braniem na siebie kolejnych obowiązków albo powtarzaniem: „Nic się nie stało”, chociaż coś się stało i nadal w nas żyje.
Może też polegać na stawianiu sobie poprzeczki tak wysoko, że właściwie nie ma już miejsca na słabość, zmęczenie czy zwyczajne: „Nie dam rady”.
Przez lata bardzo wiele od siebie wymagałam. Miałam być odpowiedzialna, silna, zaradna i niezawodna, a kiedy było trudno, powinnam jeszcze bardziej się postarać.
Długo uważałam te cechy wyłącznie za swoją siłę i nadal wiem, że wiele dzięki nim osiągnęłam. Potrafię działać, brać odpowiedzialność i radzić sobie w sytuacjach, w których inni dawno rozłożyliby ręce. Problem zaczynał się wtedy, kiedy nie dawałam sobie wyboru. Musiałam być taka zawsze, ponieważ gdzieś głęboko wierzyłam, że właśnie w ten sposób zasłużę na miłość.
Nie oznaczało to jednak, że niewiele wymagałam od partnera. Wręcz przeciwnie. Skoro sama dawałam z siebie tak wiele, oczekiwałam, że on również będzie się starał, brał odpowiedzialność i spełniał standardy, które dla mnie wydawały się oczywiste.
Dopiero po latach zobaczyłam, że wymagania stawiane jemu prawdopodobnie wyrastały z tych samych, ekstremalnie wysokich wymagań, które stawiałam sobie. Im więcej robiłam, żeby zasłużyć na miłość, tym wyraźniej widziałam wszystko, czego nie robiła druga osoba.
W ten sposób budowałam swoją „samozajebistość” również jej kosztem.
Skoro widziałam siebie jako tę, która wszystko ogarnia, pamięta, przewiduje i bierze odpowiedzialność, coraz łatwiej było mi widzieć w nim przede wszystkim to, czego nie robił albo czego nie robił tak, jak ja bym to zrobiła.
Nie robiłam tego świadomie ani z wyrachowaniem. Naprawdę wierzyłam, że po prostu kocham, wspieram i daję z siebie wszystko. Z czasem moje starania dawały mi jednak również poczucie moralnej przewagi, nawet jeśli wtedy zupełnie nie potrafiłabym się do tego przyznać.
Po rozwodzie zobaczyłam coś, co było dla mnie bardzo bolesne i niewygodne. Moje poświęcenie nie zawsze było wyłącznie bezinteresownością. Czasami kryła się w nim niewypowiedziana umowa:
Skoro jestem dla Ciebie tak dobra, kochaj mnie bardziej.
Było w niej również oczekiwanie:
Skoro ja tak bardzo się staram, Ty też powinieneś.
Warunki tej umowy nigdy nie zostały wypowiedziane. Nie mogły, bo nawet ja sama nie byłam ich w pełni świadoma.
Miałam jednak nadzieję, że dzięki temu, ile daję i jak bardzo się staram, stanę się kimś, kogo nie można odrzucić. Oczekiwałam też, że moje starania zostaną odwzajemnione dokładnie w taki sposób, jakiego potrzebowałam.
Kiedy tak się nie działo, czułam rozczarowanie i złość. Wydawało mi się, że daję znacznie więcej, niż dostaję, nie widząc jeszcze, że część mojego dawania wcale nie wynikała z wolnego wyboru. Była próbą zabezpieczenia relacji i otrzymania miłości, o którą nie umiałam poprosić wprost.
Mówiłam „tak”, kiedy czułam „nie”, tłumaczyłam zachowania, które mnie raniły, i przesuwałam własne granice, a później cierpiałam, ponieważ ktoś ich nie zauważał. Jednocześnie oczekiwałam, że druga osoba sama domyśli się, ile mnie to kosztuje, doceni moje starania i odpowie na nie tym samym.
Chciałam zostać pokochana za to, kim jestem, ale pokazywałam głównie tę wersję siebie, która - jak sądziłam - miała największą szansę na miłość. Silną, sprawczą, wyrozumiałą i gotową unieść więcej, niż naprawdę chciała.
I chyba właśnie na tym polega paradoks maski.
Zakładamy ją, ponieważ boimy się odrzucenia. Kiedy jednak ktoś przy nas zostaje, nie mamy pewności, czy pokochał nas, czy raczej osobę, którą nauczyłyśmy się przy nim być.
Maska może więc zmniejszać ryzyko odrzucenia, ale jednocześnie oddala nas od bliskości, której najbardziej pragniemy.
Nie oznacza to oczywiście, że powinnyśmy natychmiast powiedzieć wszystkim wszystko, pokazać każdą ranę i całkowicie zrezygnować z ochrony. Nie każda relacja jest bezpieczna i nie każdy człowiek potrafi przyjąć naszą prawdę. Autentyczność nie polega przecież na emocjonalnym obnażaniu się przed każdym, kto stanie na naszej drodze.
Zanim jednak pokażemy komuś, co znajduje się pod maską, same musimy mieć odwagę tam zajrzeć.
Rozpoznać, czego naprawdę chcemy i gdzie przebiegają nasze granice. Zobaczyć, kiedy dajemy z miłości, a kiedy próbujemy swoim dawaniem zapewnić sobie miłość drugiego człowieka. Przyznać przed sobą, że za poświęceniem może kryć się oczekiwanie, nawet jeśli nigdy nie wypowiedziałyśmy go na głos.
Dzisiaj coraz częściej myślę, że zdjęcie maski nie oznacza pozbycia się lęku przed odrzuceniem. Chodzi raczej o to, żeby pod wpływem tego lęku nie opuszczać samej siebie za każdym razem, kiedy pojawia się ryzyko, że ktoś inny może odejść.
Piosenka „Under the Mask” kończy się pytaniem, które nadal pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych pytań o bliskość:
Czy jestem gotowa być tym, kim naprawdę jestem, również wtedy, kiedy nie daje mi to gwarancji, że zostanę wybrana?
Możesz jej posłuchać tutaj: Under the Mask - Spotify
Bliskość bez opuszczania siebie
Czasami dobrze rozumiemy już, dlaczego w relacjach stajemy się silne, niezawodne i gotowe unieść więcej, niż naprawdę chcemy. Znacznie trudniej zacząć zachowywać się inaczej - powiedzieć wprost, czego potrzebujemy, postawić granicę i pozostać przy sobie, kiedy druga osoba reaguje rozczarowaniem, dystansem albo złością.
Właśnie z takimi momentami pracujemy w Procesie Kobiety Suwerennej. Nie po to, żeby nauczyć się wybierać siebie przeciwko innym, ale żeby móc być z drugim człowiekiem bez ciągłego opuszczania siebie.