Co wydarzyło się naprawdę, a co wydarzyło się we mnie?

Czy Ty też tak masz?
Ktoś nie odpisał na wiadomość. Mija godzina, później kolejna, a Ty zaczynasz się zastanawiać, co się stało.
Może powiedziałaś coś nie tak?
Może jest zły?
A może po prostu już mu nie zależy?
Podobnie dzieje się wtedy, kiedy ktoś nie zapyta, jak minął Ci dzień, podczas rozmowy kilka razy spojrzy w telefon albo powie, że potrzebuje pobyć sam. Samo wydarzenie często jest dość proste, ale nasza głowa szybko zaczyna dopisywać do niego ciąg dalszy.
Nie odpisał, bo mu nie zależy. Nie zapytała, ponieważ moje sprawy nie są dla niej ważne. Spojrzał w telefon, bo nudzi się w moim towarzystwie. Potrzebuje pobyć sam, bo już mnie nie kocha.
I zanim zdążymy zauważyć, co właśnie zrobiłyśmy, opowieść staje się faktem.
Nie myślimy już: „Boję się, że przestało mu zależeć”, lecz jesteśmy przekonane, że dokładnie tak jest. Nie zauważamy, że uruchomił się w nas lęk przed odrzuceniem. Po prostu „wiemy”, że druga osoba się oddala, zamierza odejść albo już podjęła decyzję, o której jedynie zapomniała nas poinformować.
Przez długi czas nie widziałam różnicy pomiędzy tym, co czuję, a tym, co na podstawie tego uczucia uznaję za prawdę. Skoro coś przeżywałam tak intensywnie, wydawało mi się oczywiste, że trafnie odczytuję sytuację.
Dopiero później zrozumiałam, że uczucie może być prawdziwe, ale opowieść zbudowana wokół niego - już niekoniecznie.
Mogę naprawdę poczuć się nieważna, choć druga osoba wcale nie uważa mnie za nieważną. Mogę naprawdę bać się porzucenia, mimo że nikt właśnie mnie nie porzuca. Mogę czuć złość, smutek albo napięcie, ale żadne z tych uczuć nie daje mi jeszcze dostępu do cudzych myśli i intencji.
Szkoda, bo czytanie w myślach bardzo ułatwiłoby relacje;)
Z drugiej strony właśnie ono komplikuje je znacznie częściej, niż jesteśmy gotowe przyznać.
To wszystko wydaje się dość proste, dopóki nie dotyczy człowieka i relacji, na których naprawdę nam zależy. Wtedy dystans potrzebny do oddzielenia faktów od własnej interpretacji potrafi zniknąć w ciągu kilku sekund.
W bliskie spotkanie nie wchodzimy przecież wyłącznie z tym, kim jesteśmy dzisiaj. Przynosimy ze sobą także pamięć wcześniejszych rozczarowań oraz wszystkich sytuacji, w których nie zostałyśmy usłyszane, zauważone albo wybrane.
Czasami wystarczy jedno spóźnione „oddzwonię”, żeby obudziła się w nas cała historia czekania na kogoś, kto wielokrotnie nie przychodził. Druga osoba robi jeden krok w tył, a my czujemy wszystkie wcześniejsze odejścia naraz.
Nie reagujemy już wtedy wyłącznie na to, co dzieje się teraz. Odpowiadamy również na wszystko, co obecna sytuacja w nas poruszyła.
Znam ten mechanizm bardzo dobrze. Kiedy wyczuwałam dystans w ważnej dla mnie relacji, nie potrafiłam po prostu go zauważyć i poczekać na więcej informacji. Niemal natychmiast próbowałam zrozumieć, co zrobiłam nie tak, czy druga osoba nadal chce ze mną być i co mogę zrobić, żeby odzyskać wcześniejszą bliskość.
Nie mówiłam sobie wtedy: „Właśnie uruchomił się mój lęk”. Byłam raczej święcie przekonana, że trafnie odczytuję sytuację.
I pewnie czasami rzeczywiście tak było. Innym razem odpowiadałam jednak nie tylko na zachowanie człowieka stojącego przede mną, lecz także na wszystkie wcześniejsze sytuacje, w których ktoś się ode mnie odsunął.
Im mniej pewności dostawałam, tym bardziej jej potrzebowałam, dlatego zadawałam kolejne pytania, szukałam kontaktu i próbowałam dowiedzieć się, co właściwie się dzieje. Dla mnie była to próba ratowania bliskości. Druga osoba mogła jednak odbierać ją jako presję i jeszcze mocniej się wycofywać.
Jej wycofanie potwierdzało moją obawę, że rzeczywiście dzieje się coś złego. Moje próby zbliżenia potwierdzały jej przekonanie, że nie daję jej przestrzeni.
Oboje mieliśmy więc dowody na to, że nasza wersja wydarzeń jest prawdziwa.
Ja mogłam myśleć: „Wiedziałam, że się odsunie”, podczas gdy druga osoba zapewne dochodziła do wniosku: „Wiedziałem, że nie da mi spokoju”.
Po pewnym czasie trudno już ustalić, od czego wszystko się zaczęło. Każde z nas reagowało nie tylko na zachowanie drugiego człowieka, lecz również na znaczenie, jakie mu przypisywało, a każda kolejna reakcja dostarczała następnych argumentów na poparcie historii, w którą już uwierzyliśmy.
Kiedy jesteśmy święcie przekonane, że wiemy, co druga osoba miała na myśli, fakty stają się właściwie zbędne. Nasza opowieść jest przecież tak logiczna i przekonująca, że bez trudu znajdziemy dla niej kolejne dowody.
Nie chodzi mi jednak o to, żeby przestać ufać swoim odczuciom albo za każdym razem podejrzewać siebie o projekcję. To byłaby tylko kolejna skrajność, a skrajności rzadko pomagają zobaczyć cokolwiek wyraźniej.
Jeśli czuję niepokój, złość czy smutek, to naprawdę ich doświadczam. Warto potraktować je poważnie, ponieważ mogą pokazywać, że czegoś się boję, jakaś moja potrzeba pozostaje bez odpowiedzi albo obecna sytuacja przypomina mi coś, co już kiedyś bolało.
Nie muszę jednak automatycznie uznawać pierwszego wyjaśnienia, które pojawiło się w mojej głowie, za jedyne możliwe.
Mój niepokój jest prawdziwy. Powód, który mu przypisałam, może być prawdziwy, ale nie musi.
Właśnie wtedy potrzebuję sprawdzić, co naprawdę wiem. Co powiedziała lub zrobiła druga osoba, czego jedynie się domyślam, a co dopowiedziałam sama, korzystając z historii, którą znam znacznie dłużej niż człowieka stojącego przede mną.
To zatrzymanie nie służy unieważnianiu własnego doświadczenia ani usprawiedliwianiu za wszelką cenę zachowań, które nas ranią. Czasami pierwsze rozpoznanie jest trafne. Ktoś naprawdę się oddala, nie słucha, przekracza nasze granice albo nie chce budować relacji, na której nam zależy.
Nie każda trudność jest projekcją i nie wszystko da się wyjaśnić dzieciństwem, lękiem czy różnicą stylów komunikacji. Zdarza się, że zachowanie drugiej osoby jest po prostu bolesne, nieuczciwe albo nieodpowiedzialne. Rozumienie własnych reakcji nie oznacza, że mamy brać odpowiedzialność również za jej wybory.
Chodzi raczej o to, żebym przed podjęciem decyzji potrafiła zobaczyć jedno i drugie: zachowanie człowieka stojącego przede mną oraz wszystko, co ono uruchomiło we mnie.
Mogę przecież bardzo dużo o sobie wiedzieć. Rozumieć swoje dzieciństwo, znać własny styl przywiązania i bez większego trudu rozpoznawać mechanizmy, które pojawiają się w moich relacjach. Kiedy jednak naprawdę zaczyna mi na kimś zależeć, nadal mogę analizować wiadomości, szukać ukrytych znaczeń i dopasowywać swoje zachowanie tak, żeby zapobiec temu, czego najbardziej się boję.
Sama wiedza nie zawsze zatrzymuje stary odruch.
Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, kiedy trzeba wytrzymać przestrzeń pomiędzy wydarzeniem a opowieścią, nie uciekając natychmiast w pewność i nie podejmując decyzji tylko po to, żeby jak najszybciej uciszyć niepokój.
Czasami oznacza to, że zamiast powiedzieć:
„Nigdy Ci na mnie nie zależało”,
spróbuję powiedzieć:
„Kiedy nie odpowiedziałeś, poczułam niepokój i zaczęłam myśleć, że Ci nie zależy. Chcę sprawdzić, czy właśnie to się dzieje”.
To drugie zdanie wcale nie jest łatwiejsze, ponieważ wymaga ode mnie pokazania, że nie wiem, i dopuszczenia odpowiedzi, której być może nie chcę usłyszeć. Nie stawiam jednak wyroku, zanim druga osoba zdąży powiedzieć, co dzieje się po jej stronie.
Nie mam wpływu na to, jak odpowie. Może mnie usłyszeć, zbagatelizować moje uczucia, jeszcze bardziej się wycofać albo powiedzieć coś, czego wolałabym nie wiedzieć.
Kontakt ze sobą nie gwarantuje przyjemnych odpowiedzi ani szczęśliwych zakończeń. Pomaga mi jednak podejmować decyzje na podstawie tego, co naprawdę wydarza się pomiędzy nami, zamiast na podstawie historii, która zdążyła uruchomić się w mojej głowie.
Nadal zdarza mi się pomylić własną opowieść z rzeczywistością, zwłaszcza kiedy pojawia się lęk i wszystko nagle wydaje się oczywiste. Coraz częściej potrafię jednak nie działać pod wpływem pierwszego impulsu i zatrzymać się, zanim uznam, że wiem, co druga osoba myśli, czuje i zamierza zrobić.
Właśnie wtedy wracam do dwóch pytań:
Co wydarzyło się naprawdę?
A co wydarzyło się we mnie?