Czy naprawdę chcemy być dobrzy?

Przez większość życia wydawało mi się, że chcę być dobrą osobą. Brzmiało to tak oczywiście, że właściwie nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać: dlaczego?
Kiedy jesteśmy dziećmi, dość szybko uczymy się, że pewne zachowania spotykają się z uśmiechem, a inne z dezaprobatą. Słyszymy: „Bądź grzeczna”, „Nie sprawiaj problemów”, „Pomyśl o innych”, „Nie bądź egoistką”.
Nikt nie mówi nam wprost: „Musisz zasłużyć na miłość”. Dziecko zresztą nie myśli w takich kategoriach. Po prostu zaczyna zauważać, co pomaga zachować bliskość, a co może ją odebrać.
I być może właśnie wtedy uczymy się nie tylko tego, jak być z innymi. Zaczynamy też uczyć się, jacy mamy być, żeby inni chcieli być z nami.
Przez wiele lat myślałam, że po prostu chcę być dobra. Dzisiaj coraz częściej zastanawiam się, czy zawsze chodziło o dobroć. Czy czasami nie chodziło bardziej o bezpieczeństwo.
Bo jeśli jestem dobra przede wszystkim wtedy, kiedy boję się odrzucenia, co właściwie mną kieruje? Jeśli zgadzam się na coś, bo nie chcę kogoś zawieść, czy naprawdę mówię „tak”? A jeśli rezygnuję z siebie, żeby nie stracić czyjejś akceptacji, czy to nadal jest miłość?
To nie są dla mnie wygodne pytania. Kiedy zaczęłam je sobie zadawać, zobaczyłam, że w wielu zachowaniach, które przez lata uważałam za przejaw swojej dobroci, było coś jeszcze: potrzeba ochrony relacji, zachowania akceptacji i podtrzymania określonego obrazu siebie. Tego, kim byłam w oczach innych, ale też tego, kim chciałam być we własnych.
Myślę, że wielu z nas nosi w sobie jakiś obraz tego, kim powinno się być: dobrą matką, dobrym ojcem, dobrą córką, dobrym partnerem, dobrym pracownikiem. Dobrym człowiekiem.
Nie ma przecież nic złego w tym, że chcemy żyć zgodnie z wartościami. Coraz bardziej interesuje mnie jednak inne pytanie: czy potrafię rozpoznać, kiedy naprawdę wybieram dobro, a kiedy próbuję w ten sposób zabezpieczyć relację, akceptację albo własny obraz siebie?
Czasami jestem miła, bo naprawdę czuję życzliwość, a czasami dlatego, że boję się konfliktu. Czasami pomagam, bo chcę pomóc, a czasami dlatego, że trudno byłoby mi znieść poczucie winy, gdybym odmówiła. Bywa też, że rezygnuję z czegoś świadomie. Ale bywa i tak, że nawet nie zauważam momentu, w którym po raz kolejny rezygnuję z siebie.
I chyba właśnie to zaczęło mnie najbardziej zatrzymywać.
Przez wiele lat próbowałam być dobrą osobą. Dzisiaj coraz mniej wiem, co właściwie miałoby to znaczyć. Bo może dobroć nie jest czymś, co się ma. Może nie jest cechą, którą można sobie raz na zawsze przypisać.
Może dobroć po prostu się wydarza - w konkretnych decyzjach, relacjach i chwilach. Czasami wygląda jak powiedzenie „tak”, a czasami jak powiedzenie „nie”. Może oznaczać pomoc, ale również odmowę. Może wymagać łagodności, a innym razem stanowczości.
„Może dobroć zaczyna się tam, gdzie przestaje być sposobem na upewnianie się, że nadal jestem kochana.”
Kiedy nie muszę już udowadniać swojej dobroci ani sobie, ani innym, dopiero z tego miejsca mogę naprawdę zapytać: co w tej sytuacji jest dobre? Zamiast zastanawiać się, co pozwoli mi nadal myśleć o sobie, że jestem dobrą osobą.
Bo to są dwa zupełnie różne pytania.
I być może właśnie tutaj zaczyna się coś, co nazywamy dojrzewaniem. Nie wtedy, kiedy stajemy się coraz lepsi, ale kiedy coraz mniej potrzebujemy podtrzymywać określony obraz siebie. Kiedy możemy zobaczyć również te części, których najchętniej nie pokazywalibyśmy światu: własny egoizm, złość, zazdrość, potrzebę uznania, lęk przed odrzuceniem czy potrzebę bycia tą „dobrą”.
Nie po to, żeby się za nie osądzać, ale żeby przestać udawać przed sobą, że ich nie ma. Bo dopiero wtedy pojawia się wybór.
Dzisiaj coraz rzadziej pytam siebie: „Czy jestem dobrą osobą?” Nie wiem już, czy to pytanie dokądkolwiek prowadzi. Znacznie bardziej interesuje mnie: „Co naprawdę mną teraz kieruje?”
A może czasami jest we mnie jedno i drugie: miłość i lęk, troska i potrzeba akceptacji, szczerość i pragnienie, żeby dobrze wypaść. I może nie chodzi o to, żeby uwolnić się od tych sprzeczności, ale żeby coraz lepiej je widzieć.
Bo kiedy widzę, co naprawdę mną kieruje, nie muszę już tak mocno trzymać się opowieści o tym, kim jestem. Mogę wybierać. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że jestem dobra, ale dlatego, że właśnie to w tej konkretnej chwili wydaje mi się prawdziwe.
I chyba dzisiaj właśnie to pytanie interesuje mnie najbardziej:
„Gdybym nie musiała niczego udowadniać - ani sobie, ani drugiemu człowiekowi - co wybrałabym w tej sytuacji?”
Jeśli chcesz zostać z tym pytaniem chwilę dłużej, możesz wylosować swoje pytanie na dziś albo zajrzeć do eseju „Tworzyć nie po to, by być potrzebną”.
🌿