Art of True Living← Blog
Refleksje22 czerwca 2026

A może problemem nigdy nie był ogród?

Przez wiele lat próbowałam znaleźć swoją niszę. Jedno słowo, którym mogłabym opisać siebie. Jedną rolę, która pomieści wszystkie moje zainteresowania. Miejsce, do którego będę pasować.

Ogród rosnący poza doniczką - metafora życia, które przerasta nadane mu granice

Przez wiele lat próbowałam znaleźć swoją niszę.

Jedno słowo, którym mogłabym opisać siebie i to, czym się zajmuję. Jedną rolę, która pomieści wszystkie moje zainteresowania. Miejsce, do którego będę pasować.

Za każdym razem po pewnym czasie wracało jednak to samo odczucie - jakby każda definicja była odrobinę za mała.

Od zawsze interesowało mnie zbyt wiele rzeczy, żeby zmieścić się w jednej kategorii.

Twórczość i rozwój.

Muzyka i psychologia.

Podróże i biznes.

Piękno codzienności i pytania o sens.

Przez długi czas wydawało mi się, że muszę coś z tego wybrać. Skupić się na jednym obszarze, a resztę potraktować jako hobby albo coś, czym mogę zajmować się „przy okazji”.

Bo przecież nie można robić wszystkiego…

A przynajmniej przez wiele lat w to wierzyłam.

Patrzyłam na ludzi, którzy mieli jedną specjalizację, jeden kierunek i prostą odpowiedź na pytanie, czym się zajmują. Trochę im tego zazdrościłam.

Ja ciągle szukałam.

Próbowałam kolejnych określeń, ról i kierunków, ale żaden z nich nie wydawał mi się naprawdę mój. Zawsze zostawała jakaś część, która się w nim nie mieściła.

Dziś widzę, że nie próbowałam wtedy odnaleźć siebie.

Próbowałam znaleźć definicję wystarczająco szeroką, żeby mnie pomieściła.

I chyba właśnie tu leżał problem.

Bo może nie wszystko, czym jesteśmy, da się zamknąć w jednym słowie?

Kim powinnam być? - i zaczęłam pytać: Co jest we mnie naprawdę żywe?

To pytanie zaprowadziło mnie w zupełnie inne miejsce.

Nie do kolejnej nazwy ani nowego pomysłu na siebie, ale do tego, co od lat mnie porusza. Do rzeczy, które ciągle wracają, nawet jeśli przez jakiś czas odsuwam je na bok. Do tego, przy czym czuję więcej energii, ciekawości i zwykłej radości.

Wtedy zobaczyłam, że moje zainteresowania nie są przypadkowym zbiorem rzeczy, które do siebie nie pasują.

Łączy je mój sposób patrzenia na życie.

Potrzeba tworzenia, ciekawość człowieka, miłość do piękna i pragnienie życia po swojemu - nie idealnie i nie według gotowego planu, ale coraz bardziej w zgodzie ze sobą.

Kiedy zaczęłam tworzyć Art of True Living, po raz pierwszy nie próbowałam wybierać jednego tematu. Nie zastanawiałam się, czy bliżej mi do świata sztuki, muzyki, podróży, rozwoju czy biznesu.

Pomyślałam, że może nie muszę tego rozstrzygać.

Mogę pozwolić, żeby wszystkie te części spotkały się w jednym miejscu.

I poczułam ulgę.

Bo ile można próbować zmieścić ogród w doniczce?:)

Doniczka jest oczywiście wygodniejsza. Ma określony kształt, łatwo ją ustawić i wiadomo, ile zajmuje miejsca. Ogród jest mniej przewidywalny. Jedne rzeczy w nim rosną, inne znikają, a jeszcze inne pojawiają się tam, gdzie zupełnie ich nie planowaliśmy.

Trochę jak w życiu.

Być może dlatego tak bardzo lubimy definicje. Dają nam poczucie, że wiemy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Ułatwiają też innym zrozumienie nas.

Tylko co zrobić, kiedy po raz kolejny przestajemy się w nich mieścić?

Może nie zawsze trzeba szukać większej doniczki.

Może czasami warto sprawdzić, czy w ogóle jej potrzebujemy.

Przez lata myślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Że mam za dużo zainteresowań, zbyt często zmieniam kierunki i nie potrafię zdecydować się na jedną drogę.

Dziś nie chcę już przycinać siebie tylko po to, żeby łatwiej było mnie opisać.

Nie potrzebuję jednej definicji, która wyjaśni mnie raz na zawsze. Potrzebuję przestrzeni na to, co jest we mnie żywe teraz - ze świadomością, że za jakiś czas może pojawić się coś jeszcze.

I może właśnie o to chodzi?

Może problemem nigdy nie był ogród. Może tylko doniczka była za mała:)