Niektóre podróże zostają z nami ze względu na miejsca. Inne ze względu na ludzi. A są też takie, które zostają dlatego, że przez chwilę życie smakuje dokładnie tak, jak lubimy.
Taka była dla mnie Walencja.
Przyjechałam tam po raz pierwszy, świętując swoje pięćdziesiąte urodziny.
I choć mogłabym opowiedzieć o pięknej architekturze, targach pełnych lokalnych smaków, szerokich plażach czy niezwykłym świetle, które sprawia, że nawet zwykły spacer wygląda jak scena z filmu, to dziś pamiętam przede wszystkim coś innego.
„Poczucie pełni."

Walencja wydawała mi się miastem złożonym z dwóch światów. Jeden tętnił życiem. Pełen ludzi, rozmów, muzyki, kolorów i energii.
Drugi oddychał spokojniej. Przy morzu wszystko zwalniało. Było więcej przestrzeni, więcej ciszy i więcej nieba.
I może właśnie dlatego tak dobrze się tam czułam. Bo przypominała mi, że nie muszę wybierać między jednym a drugim. Między ruchem a spokojem. Między odkrywaniem a odpoczywaniem. Między zachwytem a prostotą.


Najbardziej jednak pamiętam ludzi. Śmiech. Rozmowy przeciągające się do późna. Momenty, w których nie trzeba niczego tłumaczyć.
W dniu moich urodzin przyjaciółki zabrały mnie na lampkę szampana. Wieczorem poszłyśmy na flamenco. A później długo siedziałyśmy przy wspólnej kolacji.


Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że te urodziny były wyjątkowe, bo przyniosły mi wszystko, co kocham.
Piękno. Podróż. Dobre towarzystwo. Nowe doświadczenia. Pyszne jedzenie. Sztukę. Morze. Światło.

I przestrzeń, żeby naprawdę to wszystko poczuć. Bez pośpiechu. Bez napięcia. Bez potrzeby, żeby cokolwiek osiągać. Po prostu doświadczać.


Przez kilka dni miałam poczucie, że wszystkie moje zmysły są nakarmione. I że życie nie oczekuje ode mnie niczego więcej.
Może właśnie dlatego ten wyjazd został ze mną na dłużej. Bo przypomniał mi coś bardzo prostego.
Życie nie zawsze potrzebuje wielkich przełomów. Czasem potrzebuje tylko obecności.
I odwagi, by naprawdę przyjąć to, co jest. Tak po prostu.