Może…

Przez wiele lat wydawało mi się, że czekam na właściwy moment - na większą pewność siebie, lepsze okoliczności albo jakiś znak, że jestem już wystarczająco przygotowana i mogę zacząć żyć bardziej po swojemu.
Ten moment jednak nie przychodził, ponieważ zawsze pozostawało coś, co należało wcześniej zrobić, poprawić lub udowodnić. Miałam jeszcze bardziej się postarać, lepiej przygotować, poczuć się pewniej i w końcu zasłużyć na to, czego pragnęłam.
Mówiłam sobie, że zacznę od poniedziałku, od przyszłego miesiąca albo wtedy, kiedy będę już naprawdę gotowa. Nie umiałam jeszcze zobaczyć, że gotowość, na którą czekam, może nigdy nie nadejść w taki sposób, jak sobie wyobrażałam.
Dziś wiem, że wcale nie chodziło o odpowiedni czas.
Czekałam na pozwolenie.
Nie potrafiłam wtedy tego nazwać. Towarzyszyło mi jedynie znajome poczucie, że „jeszcze nie teraz”, jakby kiedyś miało wydarzyć się coś, co wreszcie pozwoli mi pomyśleć: teraz już mogę.
Kiedy próbuję zrozumieć, skąd wzięło się to czekanie, wracam myślami do dzieciństwa. Pamiętam, jak czekałam, aż mama dotrzyma słowa, spełni obietnicę, znajdzie dla mnie czas albo po prostu pokaże mi, że jestem dla niej ważna.
Czasami się doczekiwałam, czasami nie, ale jako dziecko nie próbowałam tego analizować. Miałam raczej nadzieję, że następnym razem wydarzy się inaczej - może jutro, może za jakiś czas, a może wtedy, kiedy bardziej się postaram.
Chyba właśnie dlatego do dziś bardziej wierzę temu, co ludzie robią, niż temu, co mówią. Słowa są dla mnie ważne, ale potrzebuję zobaczyć, że coś za nimi idzie i, że obietnica w pewnym momencie staje się rzeczywistością.
Z czasem przestałam czekać na mamę, jednak sam mechanizm pozostał i zmienił jedynie formę. Zaczęłam czekać na lepszy moment, większą pewność siebie, bardziej sprzyjające okoliczności, a czasami także na potwierdzenie, że podejmuję właściwą decyzję i nie popełnię błędu.
Nie zauważyłam nawet, kiedy czekanie stało się jednym z moich sposobów przeżywania życia. Funkcjonowałam tak, jakbym wciąż miała nadzieję, że ktoś w końcu powie mi:
„Teraz możesz.”
Możesz wybrać siebie, pójść własną drogą, żyć inaczej, niż oczekują tego od Ciebie inni, i przestać tłumaczyć się z tego, czego naprawdę chcesz.
Zrozumienie przyszło dopiero po latach i było właściwie bardzo proste: nikt nie mógł dać mi takiego pozwolenia, ponieważ nigdy do nikogo innego nie należało.
To nie świat miał powiedzieć mi, że już mogę. To ja miałam dać sobie zgodę na życie, którego chciałam.
Nie oznacza to, że od chwili, gdy to zrozumiałam, wszystko stało się proste. Nadal się waham, czasami się boję i nie zawsze wiem, która decyzja będzie dla mnie najlepsza. Różnica polega na tym, że coraz rzadziej czekam, aż ktoś zdecyduje za mnie, czy mam prawo wybrać to, co jest zgodne ze mną.
Nadal bardziej wierzę czynom niż słowom i dziś dotyczy to również obietnic, które składam samej sobie. Przez lata powtarzałam, że coś zrobię, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, ale z czasem zobaczyłam, że każda taka obietnica może stać się kolejnym sposobem odsuwania życia na później.
Nie potrzebuję już wielkich deklaracji. Bardziej ufam małym decyzjom, za którymi naprawdę idę - rozmowie, którą długo odkładałam, postawionej granicy, wysłanej wiadomości czy pierwszemu krokowi zrobionemu mimo tego, że nadal nie czuję się w pełni gotowa.
Właśnie po tych drobnych działaniach poznaję, że nie składam sobie kolejnej obietnicy bez pokrycia.
Przez wiele lat, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, czekałam, aż ktoś lub coś da mi sygnał, że już mogę żyć po swojemu. Dziś, kiedy zauważam, że znowu odkładam coś na bliżej nieokreślone „później”, zadaję sobie pytanie:
„Czy ja sama dałam sobie już na to zgodę?”
Nie zawsze odpowiadam twierdząco, bo nadal zdarza mi się czekać na lepszy moment albo większą pewność. Wiem już jednak, że pozwolenie, na które tak długo czekałam, nigdy nie miało przyjść z zewnątrz.
Od początku mogłam dać je sobie tylko ja.
🌿