Integracja

„Przez długi czas wydawało mi się, że aby żyć w zgodzie ze sobą, powinnam najpierw ustalić, kim właściwie jestem.”
Tylko że im bardziej próbowałam znaleźć jedną odpowiedź, tym trudniejsze się to stawało.
Interesowało mnie zbyt wiele rzeczy, żebym mogła zamknąć siebie w jednej definicji. Z jednej strony pociągały mnie twórczość, intuicja, duchowość i wszystko, czego nie da się do końca wyjaśnić. Z drugiej dobrze znałam świat konkretu, odpowiedzialności, organizacji i biznesu. Potrzebowałam wolności, ale równie ważne było dla mnie bezpieczeństwo. Chciałam ufać życiu, a jednocześnie mieć plan i wiedzieć, dokąd zmierzam.
Długo sądziłam, że te różne światy nie powinny istnieć obok siebie. Że w końcu będę musiała zdecydować, która wersja mnie jest tą prawdziwą.
Artystka czy strateg?
Osoba kierująca się intuicją czy ktoś, kto analizuje, planuje i przewiduje konsekwencje?
Wrażliwa kobieta czy ta, która potrafi działać, podejmować trudne decyzje i brać odpowiedzialność?
Myślałam, że spójność wymaga wyboru. Dzisiaj widzę, że znacznie częściej wymaga pomieszczenia tego, co nie daje się sprowadzić do jednej prostej opowieści.
Nie muszę wybierać między światem ducha a światem materii, intuicją a działaniem, miękkością a stanowczością, empatią a konkretnym podejściem do biznesu czy twórczością a odpowiedzialnością.
Każda z tych jakości jest częścią mnie. Każda ma swoje miejsce i w odpowiednim momencie może okazać się potrzebna.
Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynam budować swoją tożsamość wokół jednej z nich i odrzucać wszystko, co nie pasuje do stworzonego obrazu.
Jeżeli uważam się za osobę silną, trudniej przyznać mi się do bezradności. Jeśli chcę być dobra i empatyczna, mogę nie dawać sobie prawa do złości, egoizmu czy postawienia granicy. Kiedy jestem przywiązana do obrazu osoby odpowiedzialnej, łatwo nie zauważyć momentu, w którym zaczynam brać na siebie to, co wcale do mnie nie należy.
„Tylko co dzieje się z tym wszystkim, co do tej wersji nie pasuje?”
To przecież nie znika.
Złość, której sobie zabraniamy, może zamienić się w rozdrażnienie albo wycofanie. Wrażliwość, dla której nie ma miejsca, wraca jako przeciążenie. Ambicja, której się wstydzimy, nadal w nas żyje, choć czasami ukrywa się pod potrzebą udowadniania swojej wartości albo porównywaniem się z innymi.
Podobnie jest z cechami, które szczególnie w sobie cenimy. Odpowiedzialność może być siłą, ale może też sprawiać, że próbujemy kontrolować wszystko i wszystkich. Empatia pozwala widzieć drugiego człowieka, ale czasami prowadzi do opuszczania siebie. Intuicja może być ważnym kompasem, choć nie zawsze zwalnia nas z patrzenia na fakty.
Nie chodzi więc o to, żeby którąś z tych części uznać za dobrą, a inną za niewłaściwą. Bardziej interesuje mnie, czy potrafię zauważyć, kiedy dana jakość naprawdę mi służy, a kiedy zaczyna kierować mną automatycznie.
Kiedyś wyobrażałam sobie integrację jako stan, w którym wszystko wreszcie się układa. Wewnętrzne sprzeczności znikają, poszczególne części zaczynają zgodnie ze sobą współpracować, a ja zawsze wiem, co czuję i czego chcę.
Dzisiaj nie wierzę już w taką idealną harmonię.
Nadal zdarza mi się jednocześnie pragnąć wolności i potrzebować bezpieczeństwa. Chcieć działać i zastanawiać się, czy nie powinnam jeszcze poczekać. Ufać temu, co czuję, a chwilę później szukać racjonalnych argumentów, które to potwierdzą.
Integracja nie sprawiła, że te sprzeczności zniknęły. Zmieniło się raczej to, że nie próbuję już natychmiast rozstrzygać, która strona ma rację.
Mogę wysłuchać własnego lęku, nie pozwalając, żeby podejmował za mnie każdą decyzję. Mogę zauważyć potrzebę bezpieczeństwa, nie rezygnując automatycznie z tego, czego pragnę. Mogę być wrażliwa i jednocześnie postawić granicę. Mogę zaufać intuicji, a później sprawdzić, jak przełożyć to, co czuję, na konkretne działanie.
Nie oznacza to również, że powinnam podążać za każdym impulsem, który się we mnie pojawia. Przyjęcie własnej złości nie wymaga ranienia drugiego człowieka. Zauważenie zazdrości nie oznacza, że mam działać pod jej wpływem. Usłyszenie tej części mnie, która chce uciec, nie musi prowadzić do rezygnacji z czegoś, co jest dla mnie ważne.
Nie każda część powinna kierować moim życiem. Każda jednak zasługuje na to, żebym przynajmniej spróbowała ją usłyszeć.
Myślę, że właśnie na tym polega integracja. Nie na stworzeniu jednej, uporządkowanej i pozbawionej sprzeczności wersji siebie, ale na budowaniu relacji z tym wszystkim, co we mnie istnieje.
Również z tym, co przez lata uważałam za zbyt wrażliwe, zbyt intensywne, zbyt emocjonalne, zbyt ambitne albo po prostu niepasujące do osoby, którą - jak mi się wydawało - powinnam być.
Nie po to, żeby bezwarunkowo za tym podążać. I nie po to, żeby wszystko w sobie polubić.
Bardziej po to, żeby przestać odrzucać to, czego nie rozumiem, i z większą ciekawością przyglądać się temu, co naprawdę się we mnie dzieje.
Bo może dojrzałość nie polega na stawaniu się kimś innym.
Może polega na coraz pełniejszym przyjmowaniu tego, kim już jesteśmy - i na odwadze, żeby zapytać również te najmniej wygodne części siebie:
„Co próbujesz mi pokazać?”